Kufajka, briuki i walonki

Po dwóch tygodniach męczącej jazdy pociągiem znaleźliśmy się w Kotłasie. Chyba nie byłam dobra z geografii, bo nie orientowałam się wówczas, gdzie się to miasto znajduje. Dopiero po dotarciu na miejsce zsyłki i rozłożeniu atlasu zorientowałam się, gdzie jesteśmy. Nie był to Sybir, bo nie „przeskoczyliśmy” Uralu, lecz 61 stopień szerokości geograficznej północnej dawał nam do zrozumienia, że się tu nie nagrzejemy nawet podczas lata. I to się później potwierdziło. Po spakowani rzeczy i kilku godzinach oczekiwania otworzyły się drzwi i oto przed wagonami znowu stało wiele zaprzęgów. Tym razem były to małe jednokonne sanki, a konie zaprzężone w duhę. Przy każdym zaprzęgu stał izwoszczyk (wozak, woźnica), ubrany po syberyjsku w kufajkę, watowane spodnie i ciepłą czapkę uszankę. Każdy miał na nogach walonki… Zrozumieliśmy, że to nie koniec podróży, bo czeka nas jeszcze jazda saniami. Zaczęło się pokrzykiwanie, popychanie i ładowanie. Okazało się przy tym, że saniami pojadą tylko bagaże i dzieci, zaś dorośli muszą iść pieszo. Ponieważ byłam niska i szczupła, i wyglądałam jak dziecko, dlatego pozwolono mi jechać. Rodzice moi musieli iść pieszo. Droga nasza nie prowadziła przez miasto… Po paru godzinach jazdy wjechaliśmy na szeroką zamarzniętą rzekę. Była to Wyczegda. Pierwszego dnia przebyliśmy ok. 40 km. Mróz był siarczysty, znacznie większy niż u nas na Wołyniu. Nie ratowały pierzyny… Było już ciemno, gdy dojechaliśmy do jakiegoś dużego osiedla. Tu nas rozlokowano po jednej rodzinie do jednego domu na nocleg… Gospodyni domu ugościła nas herbatą, która rozgrzała nas i przypomniała kolację w domu. Mama, rozmawiając z tymi ludźmi, narzekała na nasz los. Pocieszali nas i twierdzili zgodnym chórem, że do wszystkiego się przyzwyczaimy. Prawdopodobnie byli to zesłańcy z okresu kolektywizacji, a może z lat późniejszych, ale na ten temat nikt z miejscowych pary z buzi nie puścił. Zaraz po posiłku rozlokowaliśmy się na podłodze do snu… Następnego dnia rano rozbudzono nas i po skromnym posiłku załadowano na sanie… I znowu jechaliśmy cały dzień. I znowu za saniami szli umęczeni, głodni i zziębnięci ludzie. Temperatura wynosiła ok. minus 30 stopni… Ściemniało się, gdy dojechaliśmy do osiedla. Osiedle okazało się bardzo małe, zaledwie kilka baraków. Barakami nazywaliśmy domy wybudowane z kloców sosnowych. Był to posiołek (osada) Jol – miejsce naszej zsyłki…
W pierwszym dniu nie mogliśmy się rozejrzeć po posiołku, bo bezpośrednio po przyjeździe wprowadzono nas do dużej sali, gdzie spędziliśmy pierwszą noc. Ciasnota panowała tu okropna, ok. 200 osób w jednej izbie, do tego wiele bagażu… Tuż koło nas umierał człowiek. Pierwszy raz w życiu byłam świadkiem śmierci… Nazajutrz wywoływano nas po kilkanaście osób (osobno kobiety, osobno mężczyźni) i poprowadzono do łaźni… Po kąpieli zaprowadzono nas do baraków. Każda rodzina dostała jeden pokój. Nasz miał 4 m długości i prawie 3 szerokości (na siedem osób), i był „umeblowany”, gdyż stały w nim trzy prycze zbite z desek sosnowych, stół pod oknem między pryczami i nic więcej… Po rozejrzeniu się dookoła spostrzegliśmy, że z jednej dużej izby baraku wykrojono cztery pokoje i korytarzyk, z którego się wchodziło do każdego z tych pokoi. Kolejno w nich mieszkali: państwo Adamkiewiczowie (dobrzy znajomi z naszej wioski), nasza rodzina – Basaków, rodzina gajowego Narczyka i państwo Rybakowie…
Trzeciego dnia po przyjeździe dostaliśmy kufajki, watowane spodnie, ciepłe czapki uszanki, rękawice i walonki. Nie wszyscy dostali wszystko. Kto miał długie buty skórzane na nogach, a w takich na Wołyniu w zimie chodzono, walonek nie dostał. Kto miał ciepły płaszcz lub kożuch, nie dostał kufajki. Ja nic nie miałam, więc dostałam kufajkę, briuki (watowane spodnie) i walonki. Rękawice robocze dostali wszyscy. Do pracy skierowano tych, którzy ukończyli 16 lat życia, a chłopców – nawet młodszych. Tylko starsze kobiety mające dzieci mogły pozostać w domu. Dyskusji nie było. Nikt nie powiedział, że nie pójdzie do pracy, bowiem poinformowano nas, że za chleb, kaszę czy zupę trzeba płacić. Każdy z nas zrozumiał, że tylko poprzez pracę można zdobyć parę rubli…
Czwartego dnia po przyjeździe podzielono nas na brygady i wysłano do pracy w las. Moja brygada składała się z kilku dziewczynek w moim wieku lub nieco starszych. Dostałyśmy parę siekier i mioteł. Brygadzista Rosjanin, wysoki, szczupły mężczyzna, poprowadził nas przez las na trasę, która wiodła z naszego posiołka do osiedla Baza, oddalonego od Jolu o 10 km. Mieszkali tam Sowieci, prawdopodobnie zesłańcy z lat przedwojennych. W tym pierwszym dniu nie wiedziałyśmy jeszcze skąd i dokąd ta trasa prowadzi, natomiast każda z nas wiedziała, że ma iść za brygadzistą i słuchać go, gdyż on ma nas nauczyć, jak oczyszczać trasę. On nam pokazał, że środkiem trasy biegł rowek, który musiał być odpowiedniej szerokości i głębokości, gdyż tym rowkiem szła środkowa płoza trójpłozowych sań, wożących kłody z wyrębu do Bazy. Baza leżała nad dopływem Wyczegdy (prawdopodobnie ten dopływ to rzeka Widie)… Pierwszego dnia mocno się napracowałam. Szłam z brygadą wzdłuż trasy i co kilkadziesiąt metrów siekierą pogłębiałam i poszerzałam rowek w lodzie. Wyrąbany lód wymiatałam dokładnie miotłą… Ok. 9 godzin byliśmy bez przerwy na nogach. Nie usiedliśmy nawet na 10 minut, gdyż na to nie pozwalał mróz. Zmarzłam strasznie…Mróz szczypał w twarz. Zdawało się, że to szpilki kłują policzki, nos, brodę, czoło. Zmarzły mi nogi. Całe szczęście, że nie dokuczał wiatr. Dzień mi się dłużył, nie mogłam doczekać się jego końca. Po powrocie do domu twarz paliło jak ogniem. Umyłam ręce, zjadłam kolację i zwaliłam się na pryczę. Tato powrócił z lasu – pracował na wyrębie – również zmęczony i zmarznięty, a jego skórzane buty zamarzły na kość. Ciężki i smutny okazał się ten pierwszy dzień pracy na zesłaniu…
Specjalnej ochrony przy nas nie postawiono, zarówno do lasu, jak i z lasu szliśmy sami. Teoretycznie ucieczka była możliwa. Praktycznie – nie. Bez pieniędzy i żywności, znajomości terenu i języka rosyjskiego nie należało ryzykować, chociaż znaleźli się śmiałkowie, którzy próbowali, ale to się wydarzyło rok później… Po kilku tygodniach „lekkiej” pracy przy odwalaniu śniegu, przeniesiono mnie do brygady zatrudnionej przy wyrębie lasu. Największą ilość zesłańców skierowano na wyrąb. Majster lasu, Goleniow, podzielił nas na kilkuosobowe brygady. Najmniejsza liczyła tylko dwie osoby. Było to młode małżeństwo – państwo Sałatkiewiczowie. Inne brygady liczyły trzy, cztery, a nawet pięć osób. Ja należałam do 4-osobowej. Najstarszy w tej brygadzie – to mój tato… Przed siódmą wychodziliśmy do lasu. Szło się drogą ujeżdżoną saniami, na której jednak leżało sporo świeżego śniegu utrudniającego marsz i nie pozwalającego przyspieszyć kroku… Do pracy szliśmy grupami… Po przyjściu na miejsce natychmiast przystępowaliśmy do pracy. Każda brygada miała wyznaczony pas lasu, który musiała wycinać. Drzewa należało tak wycinać, aby wszystkie padały w jednym kierunku… Jeżeli któraś sosna, zamiast padać we wskazanym kierunku, waliła się w bok, to mogła zawiesić się na sąsiedniej sośnie, a to już był kłopot dla ścinających. Mężczyźni różnie sobie radzili w takim przypadku… Zawieszenie sosny hamowało normalną pracę, a tym samym utrudniało wykonanie normy. Niewykonanie normy – to mniejszy zarobek, to brak pieniędzy na chleb i kaszę. W naszej brygadzie – w innych również – mężczyźni wykonywali pracę cięższą, pani Pola i ja – lżejszą. Do kobiet należało odrzucenie śniegu od każdej sosny, która miała być ścięta tuż nad ziemią. Pieniek nie mógł wystawać nad poziom ziemi więcej niż 10 cm. Aby się dostać do pnia na tym poziomie, należało wokół każdej sosny wykopać w śniegu spory dół. Potem mężczyźni podrąbywali je i spiłowywali… Dalszy ciąg pracy przy zwalonej sośnie należał do kobiet. Teraz my, dwie słabe istoty, musiałyśmy odrąbać wszystkie boczne gałęzie, ściągnąć je w bezpieczne miejsce i spalić. Stanowiło to dla nas straszną udrękę… Mężczyźni mieli jeszcze jedno zadanie. Każdą sosnę oczyszczoną z gałęzi bocznych należało umiejętnie pociąć… Przed zakończeniem pracy przychodził Mitia, aby „odebrać” drzewo, które w ciągu dnia zostało ścięte. Był to Rosjanin, lat ok. 20, cichy, spokojny… Mierzył długość, średnicę kłody z jednej i z drugiej strony, a pomiary notował w zeszycie. Wieczorem robił obliczenia, a nazajutrz rano na dużej tablicy (w posiołku) mogliśmy odczytać procent wykonania normy przez poszczególne brygady…