Byłam furmanem, spławiałem drzewo

W pierwszych miesiącach zsyłki mieliśmy jeszcze trochę zapasów żywności z domu. Codziennie wieczorem mama gotowała kluski, zacierki lub krupnik. Bardzo ostrożnie dawkowała prowiant, aby wystarczyło go na dłużej. Do zupy dostawaliśmy kawałek czarnego chleba. Trzeba przyznać, że w tym okresie jeszcze nie doznawaliśmy wielkiego głodu…Tak mijały dnie i tygodnie. Dopóki mieliśmy zapas siły, dopóty wyrabialiśmy 100 % normy lub więcej. Mam tu na myśli wszystkie brygady, a nie tylko tę, w której pracowałam…
Nie było krów na posiołku i nie było mleka, bez którego nie mogły żyć niemowlęta. Kilkumiesięczne niemowlę mieli państwo Józefa i Jan Garkutowie. Wskutek złego odżywiania matka straciła pokarm jeszcze w czasie podróży. Na posiołku brakowało czegokolwiek, czym można by odżywić niemowlę, a na kaszę owsianą było ono zbyt małe… Niemowlę karmiono smoczkiem zrobionym ze szmaty, a zamiast mleka podawano cukier rozpuszczony w wodzie. Znałam dobrze tych ludzi, gdyż pochodzili oni z mojej miejscowości… Dziecko, zamiast się rozwijać, gasło z każdym dniem. Umarło z głodu. Zmarło też dziecko państwa Cytryckich… Dorośli również tracili siły. Nie wszyscy mieli zapasy żywności z domu, nie każda rodzina miała na kolacje zacierki z białej mąki. Natomiast spożywanie czarnego chleba bez omasty trzy razy dziennie powodowało, że wiele osób chorowało na krwawą dyzenterię, zwłaszcza w pierwszych tygodniach naszego zesłania… Zdarzały się przypadki lekkich odmrożeń. Lekarza na posiołku nie mieliśmy. Leczyła nas felczerka, która miała na imię Luba. Na środku osady stał barak, a w nim, w małej izdebce, Luba przyjmowała chorych. W tym samym baraku mieściła się kancelaria, gdzie skrupulatnie zapisywano wykonane przez nas normy i odpowiednio naliczano zapłatę. W połowie miesiąca dostawaliśmy zaliczkę na konto naszych zarobków, a na pierwszego każdego miesiąca – wyrównanie…
W końcu maja przyszła wiosna. A może to inaczej należy określić, bo właściwie wiosny nie zauważyliśmy, gdyż po stopieniu się śniegu nastąpiło lato. Wszystko stało się nagle. Mimo olbrzymiej ilości śniegu, jego topnienie nie zajęło więcej niż tydzień… Po stopieniu śniegu ujrzeliśmy prawdziwe oblicze terenu otaczającego posiołek. Okazało się, że tam, gdzie pracowaliśmy na wyrębie, a więc tam, gdzie rosną sosny, teren jest nieco wyższy i suchy. Natomiast w miejscu, gdzie rosną świerki, tam są nieprzeniknione mokradła. W ogóle posiołek otaczały mokradła i bagna nie do przebycia. Niektóre odcinki drogi do pracy były wyłożone deskami lub kłodami sosnowymi. Tymi odcinkami drogi chodziło się gęsiego… Wraz z ociepleniem wysłano do pracy w lesie prawie wszystkie starsze kobiety i dzieci… Moja mama i pani Adamkiewiczowa przez osiem godzin dziennie piłowały suche sosny na krótkie kawałki, które następnie rąbały na polana służące na opał do stołówki, łaźni i piekarni. Dziewczęta chodziły do lasu na stare poręby i tam całymi dniami ściągały na kupy niegdyś obcinane z sosen gałęzie… Innym zajęciem dla dziewcząt było przygotowywanie malutkich korytek z drzewa mających kształt rynienek, a służących do ściągania żywicy…
Po trzech miesiącach naszego pobytu na zsyłce pozwolono nam napisać listy do rodzin lub znajomych, którzy nie zostali deportowani. Napisaliśmy i wkrótce zaczęły nadchodzić odpowiedzi. Ach, co to była za radość! Rodzina taty mieszkała w Lubelskim i tam pisać nie pozwolono. Natomiast rodzina mamy mieszkała na Wołyniu (dwie siostry i czterech braci) i od niej nadeszły listy… Po pewnym czasie pozwolono posyłać do nas paczki żywnościowe – ośmiokilogramowe zapakowane w drewniane skrzynki i obszyte płótnem… Ta niemała i bardzo ważna pomoc pozwoliła nam przeżyć pierwsze lato i następującą po nim zimę. Zapasy z domu już się skończyły… Wybuch wojny radziecko – niemieckiej przerwał wszelki kontakt pomiędzy rodziną z Wołynia a nami… Na posiołku było nas, zesłańców, ponad 300 osób. Byli to przeważnie osadnicy wojskowi, gajowi z lasów Radziwiłła (z okolic Ołyki na Wołyniu) i wreszcie takie rodziny jak nasza, której nie dało się zakwalifikować ani do osadników, ani do służby leśnej… Praca, którą dotychczas wykonywałam, stanowiła dla mnie preludium. Teraz ono minęło i miał się zacząć akt główny. Zostałam odłączona od mojej brygady (pani Pola, tato i Kazik) i przydzielona do innej – do trzech dziewczynek nieco starszych ode mnie. Jedną z nich pamiętam – była to Bronia Bar. Razem stanowiłyśmy nową samodzielną brygadę przeznaczoną do wyrębu lasu…
Nie tylko praca ponad siły dawała nam się we znaki. Przez cały sezon letni strasznie dokuczały nam komary i meszka. Mimo, iż było dość ciepło, każda z nas musiała mieć na sobie długie spodnie wpuszczone w obuwie, bluzę z długimi rękawami wpuszczonymi w rękawice i chustkę na głowie… W lesie komary i meszka, a w domu – pluskwy, które gnieździły się w szparach między deskami pryczy i ścian. W dzień niewidoczne, w nocy łaziły po nas i gryzły…
…kiedy ja pracowałam na wyrębie lasu w brygadzie dziewczęcej, mój tato został skierowany na wyrąb lasu świerkowego, rosnącego na podmokłym terenie… Prace miał niezmiernie utrudnioną, ponieważ świerki są obrośnięte gałęziami od samej ziemi aż do wierzchołków, więc obcinanie ich zajmowało wiele czasu. Na domiar tego pnie były cienkie i aby wykonać normę, należało ściąć ich kilka razy więcej niż sosen. Nic więc dziwnego, że przez kilka miesięcy – mimo wysiłku – nie wyrabiał nawet połowy normy, a tym samym niewiele zarabiał… Tymczasem minęło lato i zbliżała się nie jesień, lecz od razu zima. Na początku września zaczął padać śnieg, a w końcu tego miesiąca mieliśmy już prawdziwą zimę z grubą warstwą śniegu i niskimi temperaturami. Znowu musieliśmy się borykać nie tylko z piłą i siekierą, ale także ze śniegiem i mrozem…
Znowu zmieniłam pracę. Tym razem siekierę i piłę musiałam zamienić na konia i sanie. Zostałam furmanem. Od tej pory jeździłam do lasu na te tereny, gdzie rąbano las i stamtąd wywoziłam kłody na plac… oddalony o 2 km, a czasami i dalej. Całą drogę z lasu na plac należało przebyć pieszo obok sań, by dodatkowo nie obciążać konia. Na placu dwaj młodzi chłopcy wyładowywali kłody i wciągali je wysoko na stos. W drodze powrotnej należało konia popędzać, aby jak najszybciej powrócić na wyrąb po następne drzewo… W ciągu dnia obracaliśmy od ośmiu do dwunastu razy. Każdy wozak musiał wykonać normę, ale musiał też uważać na konia, aby go nie przemęczyć. Każdy pilnował swego konia, bo za niedopilnowanie go groziło więzienie. Oprócz mnie byli inni furmani – dziewczynki w moim wieku lub nieco starsze i chłopcy czternasto lub piętnastoletni. Starsi chłopcy poszli na wyrąb do lasu…
Wraz z pierwszymi objawami wiosny przerwano wywóz drzewa i wysłano nas do Bazy na spław… Był to koniec drugiej dekady maja 1941 r. Przez całą zimę wożono traktorem drzewo z okolicznych lasów do Bazy, zwalano je nad rzeką i układano w stos w ten sposób, że część kłód leżała na lodzie, a część na brzegu rzeki. W pierwszych dniach króciutkiej wiosny śnieg topił się w lasach w szybkim tempie i wówczas mocno przybierała rzeka, podnosił się znacznie poziom wody, która rwała jak szalona. Trwało to kilka dni, najwyżej tydzień, gdyż w tak krótkim czasie ginęły olbrzymie masy śniegu leżącego w lasach. Ten moment należało wykorzystać, zwalano więc kłody do rzeki, będącej dopływem Wyczegdy. Gdzieś dalej wyławiano pojedyncze kłody, wiązano je w pęki, które z kolei płynęły Dwiną do Archangielska. Mój mąż, Józef Naliwko (również zesłaniec, mieszkał w posiołku Kargowina) opowiadał mi wiele o niebezpiecznej pracy przy wiązaniu pęków… Przed przystąpieniem do pracy brygadzista podzielił nas na kilkuosobowe grupy, a następnie pouczył jak należy posługiwać się narzędziami i jak zachować ostrożność, aby się nie utopić…Moja brygada – to dwie Fieniówny i ja. Młodsza Wiera – w moim wieku, starsza liczyła ponad 20 lat. Byłyśmy mocno wystraszone…Po spławie pozostaliśmy na Bazie jeszcze przez kilkanaście dni… Kobiety rąbały klocki przeznaczone na opał do traktorów… po kilku tygodniach pracy na Bazie i samodzielnym gospodarowaniu ciężko zapracowanymi rublami, powróciłam do domu.