Jedziemy na południe

Lato było w całej pełni. Dowiedziałam się wtedy, że każda rodzina dostała za barakami kawałek ziemi na ogród i trochę ziemniaków (za pieniądze) na zasadzenie. Był to mądry pomysł… Pewnego ranka gruchnęła wiadomość, że trzej młodzi chłopcy uciekli z posiołka. Między nimi znalazł się Marian Filipowicz (brat Kazika), syn osadnika wojskowego z Woronczyna. Z jednej strony radość, że im się udało, z drugiej strony obawa – co z nimi będzie?… Swoim zniknięciem narobili na posiołku wiele ambarasu. Zwierow biegał od baraku do baraku i sprawdzał czy ktoś nie poszedł w ślady tej trójki… Po kilku dniach roześmiany od ucha do ucha Zwierow oznajmił wszem i wobec, że chłopcy są schwytani… Z więzienia zwolniono ich po „amnestii” w 1941 r. Marian Filipowicz przeszedł z armią Andersa szlak bojowy, a w 1946 r. przyjechał do Polski. Spotkałam go w maju tegoż roku w Zamościu.
Na posiołku pracowaliśmy od nocy do nocy, walczyliśmy o przeżycie każdego dnia, natomiast nie bardzo wiedzieliśmy co się dzieje na świecie… 22 czerwca 1941 r. Niemcy uderzyli na Związek Radziecki… Wybuch wojny nie zmartwił nas, lecz raczej ucieszył. Zaczęło się coś dziać i może się coś zmieni na naszą korzyść. Zaczęliśmy czytać gazety…Obserwowaliśmy bieg wydarzeń frontowych i zastanawialiśmy się czy jest możliwe, aby tu do nas dotarli Niemcy. A tymczasem na ujemne skutki wojny nie musieliśmy długo czekać. Pierwszym ciosem dla nas było ograniczenie sprzedaży chleba. Do tej pory mogliśmy kupować chleb w dowolnej ilości. Teraz dla osoby pracującej sprzedawano 1 kg chleba dziennie, a dla niepracującej tylko pół kilograma… Tuż po wybuchu wojny przedłużono czas naszej pracy o dwie godziny dziennie. Od tej pory obowiązywał nas 10-godzinny dzień pracy… Inny skutek wybuchu wojny, to przerwanie łączności z naszymi rodzinami na Wołyniu…
Wrócę jeszcze do wiosny, by w kilku zdaniach napisać o tym, co robili inni. Od samej wiosny 1941 r. wielu mężczyzn z wyrębu (w tym mego tatę) skierowano na budowę domów. Nie byli to żadni specjaliści. Wystarczyło, że umieli trzymać siekierę w garści. Budowa domów posuwała się szybko – cztery ściany zewnętrzne ułożone z kloców sosnowych kilkumetrowej długości, parę ścian wewnętrznych rozdzielających całość na kilka pomieszczeń, sufit z grubych desek, dach i dom gotowy… Na posiołku zbudowano cztery domy, po czym wysłano wszystkich budowniczych w las ok. 4 km od Jolu, by tam wybudować posiołek, który miał się nazywać Nowy Jol… Na budowie pracowało też dużo kobiet, m. in., moje siostry Kazia i Reginka. Na przykład upychanie mchem szpar w ścianach należało wyłącznie do kobiet…
I znowu wojna dała nam znać o sobie. Zabrano nam wolne od pracy niedziele… W jedną niedzielę tego lata, po zawiadomieniu nas o porozumieniu między Polską a Związkiem Radzieckim, nasi chłopcy zorganizowali potańcówkę. Była to jedna jedyna zabawa, zorganizowana przez nas Polaków, która odbyła się w ciągu prawie 2-letniego naszego pobytu na Jolu… W roku szkolnym 1940/1941 zorganizowano naukę dla naszych najmłodszych dzieci. Była to klasa pierwsza. Prowadziła ją młoda nauczycielka, Rosjanka. Uczęszczało do niej kilkanaścioro dzieci w wieku od siedmiu do jedenastu lat. Chodziły tam też moje dwie młodsze siostry Jadzia i Pela. Nauczycielka uczyła je czytać i pisać po rosyjsku, uczyła matematyki, ale przede wszystkim uczyła te polskie głodne i zmarznięte dzieci kochać bat’kę Stalina…
Na początku października Zwierow zawiadomił kilka rodzin, że są wolne i mogą wyjechać, gdzie im się podoba. – A do domu możemy? – pytali. – O nie! Tam nie można! . – A więc dokąd? Okazało się, że on też nie wiedział dokąd możemy jechać. Po kilku dniach znowu kilka rodzin dostało zezwolenie na wyjazd…W połowie października już prawie wszystkie rodziny miały zezwolenie na wyjazd…Wyjeżdżający już nie pracowali, lecz całą parą szykowali się do podróży. Już wiedzieli, że jadą na południe, prawdopodobnie do Kujbyszewa. My pracowaliśmy nadal. Było to dla nas nie do zniesienia…Lecz oto pod koniec października i nam się poszczęściło – otrzymaliśmy zezwolenie na wyjazd. Zaczęliśmy się szybko pakować… W Jolu pozostały tylko trzy rodziny i to nie dlatego, że ich nie puszczono, lecz po prostu uważali, że tutaj na posiołku najłatwiej przeżyć wojnę…
W dniu wyjazdu, a raczej wyjścia, każdy z nas obładował się jak osioł. Ja niosłam pierzynę i poduszkę. Renia i Kazia – to samo… Młodsze siostry, Jadzia i Pela, miały mniejsze toboły. Mama również. Tato ciągnął sanki, do których przywiązał dużą, ciężką skrzynię. Przed nami ok. 20 km drogi: do Bazy i z Bazy do stacji kolejowej…Całą drogę trzeba pokonać w ciągu jednego dnia…Na stacji dowiedzieliśmy się, że będzie specjalny zestaw wagonów dla Polaków, którym odjedziemy na południe. Należy wykupić bilety i poczekać jeszcze kilka dni. I tak się stało. Podjechał zestaw bydlęcych wagonów… szybko załadowaliśmy do wagonu cały nasz bagaż. Wagon został tak przygotowany jak wówczas, kiedy nas wieziono z Perespy do Kotłasu. Po jednej i po drugiej stronie wagonu wisiały podwójne prycze, na środku stał piecyk z rurą do sufitu… Drzwi wagonów nie zostały zamknięte… Przecież jesteśmy wolni! Jedziemy na południe, a tam jest nasz ambasador. On zajmie się nami… Pociąg ruszył… Jedziemy w kierunku Kotłasu. Serce rozpiera nam radość…