Kołchoz Kalinin

Pociąg mknął na południowy wschód. Minęliśmy Kotłas, Kirow… Minęliśmy Perm i Swierdłowsk i teraz jechaliśmy na południe… Na jednych stacjach pociąg zatrzymywał się na kilka minut, na innych stał kilka, a nawet kilkanaście godzin… Któregoś dnia zatrzymaliśmy się nad wielkim jeziorem… Jeziorem Aralskim…Wzdłuż pociągu chodziło kilku sprzedawców, a każdy dźwigał kosz ryb. Były świeże…, wędzone, solone, a nawet smażone. Co za wybór! I ceny przystępne. W ciągu całej podróży nigdzie się nam nie udało kupić żywności tak tanio jak nad Jeziorem Aralskim. Mieliśmy wówczas prawdziwą ucztę…Po kilku godzinach nad jeziorem ruszyliśmy i jeszcze przez kilka dni jechaliśmy na południe. Wyglądaliśmy przez okienka – tym razem niezakratowane – i dziwiliśmy się, że tutaj jest inaczej niż u nas w Polsce czy nawet w europejskiej części Rosji. Dookoła, jak okiem sięgnąć, rozciągał się step. Nic na nim nie rosło. W ten sposób dojechaliśmy do Taszkentu…
W czasie długiej podróży z północy na południe w naszym transporcie zmarło kilka osób…Minęliśmy Samarkandę i Bucharę, dojechaliśmy do dużej rzeki (Amu – Daria) i tu był kres naszej miesięcznej podróży. Powysiadaliśmy z wagonów, zobaczyliśmy tłumy ludzi koczujących pod gołym niebem i zdezorientowani, nie wiedzieliśmy, co z sobą począć… Było głodno, ale nie chłodno, a nawet w ciągu dnia bardzo ciepło, zwłaszcza w pierwszych dniach po naszym przyjeździe. Na drugi dzień po opuszczeniu wagonu (dokładnie 30 listopada 1941 r.) poszłam z siostrami nad rzekę i tam wykąpałam się i wymyłam po miesięcznej podróży w bydlęcym wagonie… Po kilku nocach spędzonych pod gołym niebem przenieśliśmy się do szopy, bo stamtąd ktoś wyjechał… Tu czuliśmy się lepiej, bezpieczniej i nie marzliśmy w nocy tak mocno jak na zewnątrz…, lecz oto nadeszła hiobowa wiadomość, że do Iranu nas nie puszczają, i że jedziemy z powrotem do… No właśnie – dokąd ? Tego nikt nie wiedział, lecz wszystkim wiadomo, że jedziemy z powrotem. Codziennie podstawiali wagony i codziennie odchodził eszelon… Załadowaliśmy się do bydlęcego wagonu i jechaliśmy tą samą trasą przez Bucharę, Samarkandę, Taszkent, dojechaliśmy do Jeziora Aralskiego, minęliśmy je i pojechaliśmy na północ… Po dwóch dniach jazdy od Aralska na południe wysadzono nas z pociągu na stacji Borysowka i pozwolono zamieszkać w szopie przeznaczonej do przechowywania bawełny. Ciasnota panowała tu ogromna, dokuczał głód… Po trzech dniach czekania znowu załadowano nas do wagonów i tym razem ruszyliśmy na wschód. Po kilku godzinach jazdy wysiedliśmy na stacji Aczysaj. Dookoła stacji kolejowej rozciągały się góry, miejscami leżał na nich śnieg, było chłodno… Stojąc na chłodzie i o głodzie przy swoich tłumokach, czekaliśmy na auta, którymi mieli nas zawieźć na miejsce przeznaczenia. Pod wieczór podstawili „środki lokomocji” – wielbłądy i polecili ładować na nie nasze rzeczy…Wkrótce wyjaśniło się, że jesteśmy w małym osiedlu Azerbejdżanów, którzy na początku lat 30. zostali deportowani z Kaukazu do południowego Kazachstanu…To azerbejdżańskie osiedle należało do kołchozu Kalinin…
Tak się złożyło że moja rodzina osiedliła się ostatecznie w Kalininie… Początek 1942 r. był dla Polaków niezmiernie trudny, gdyż nie wszystkich zatrudniono w kołchozie, a tym samym nie wszyscy mogli zarobić trochę pszennej mąki, niezbędnej do przeżycia chociaż jednego dnia. Nie każdy też miał coś do wymiany na mąkę, bo przecież już dwa lata minęły od naszej deportacji i przez ten czas nikt nic z ubrania nie kupił, a na sobie nosił łachy przedwojenne. Zaraz po przyjeździe na miejsce – na początku stycznia 1942 r. – tato podjął pracę w kuźni, za którą codziennie dostawał jeden kg pszennej mąki. Dostaliśmy też mieszkanie w glinianym domku położonym w dużym ogrodzie… przez luty i marzec pracowałam z siostrami w tym pięknym ogrodzie połączonym z sadem… za pracę dostawałyśmy codziennie po kilkaset gramów mąki, z której mama piekła lepioszki (podpłomyki), gotowała mordunie lub zacierki na wodzie…
W pierwszej połowie 1942 r. w Czułak Kurganie i w Kalininie rozprzestrzenił się tyfus. Te dwie miejscowości leżały obok siebie, a nawet zlewały się ze sobą… W kołchozie mieszkali przeważnie Polacy (deportowani), natomiast w miasteczku przewagę stanowili Żydzi deportowani ze wschodnich terenów Polski. I właśnie Żydzi najczęściej zapadali na tyfus, a śmierć ich kosiła, aż nas grozą przejmowało… Na tyfus plamisty zachorowała też moja siostra Jadzia. Ciężka to choroba w ogóle, a w szczególności wtedy, gdy nie ma żadnej pomocy medycznej… Jadzia przeżyła tyfus, ale do poprzedniego stanu zdrowia już nigdy nie wróciła… w kilka miesięcy po powrocie do Polski, rozstała się z nami na zawsze. Zmarła 2 lutego 1947 r. w Jaszkowej Górnej, pow. Kłodzko…
W kwietniu sporo młodych ludzi wysłano do pracy przy bawełnie. Pszenica, jęczmień i bawełna rosły daleko od Kalinina (na fermie), nie mogliśmy tam dochodzić codziennie i dlatego zamieszkaliśmy w stepie, w glinianym domku, który nazywaliśmy kibitką. Było to spolszczone przez nas słowo „dom”, w tubylczym brzmieniu trudne dla nas do wymówienia – „kbitk”. W osiedlu liczącym kilkanaście kibitek, jedną wybudowano dla Polaków. Budowa trwała zaledwie kilka dni… Po urządzeniu się w kibitce zostaliśmy posłani do przerywania bawełny. Malutkie roślinki, podobne do wschodzącej gryki, wyłaziły z ziemi całymi kępkami, musieliśmy więc je przerywać, zostawiając po jednej sztuce co kilkanaście centymetrów… Za całodzienną pracę każdy z nas dostawał 1 kg mąki…
Przerywanie bawełny skończyło się. Rosła ona w górę, a razem z nią rosły chwasty. Zaczęło się wtedy plewienie… W tym czasie miejscowe kobiety zostały skierowane do nawadniania pszenicy, bawełny i innych roślin. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni w tej miejscowości nie spadła ani jedna kropelka deszczu. Już w końcu maja step wysychał, przybierając kolor szaro – żółty. I tylko rośliny polewane mogły rosnąć i rozwijać się… Nas nie kierowano do tej pracy, bo nie umiałyśmy nawadniać… A tymczasem rozpoczęły się żniwa, które miały trwać trzy miesiące… Koszono takimi żniwiarkami, które ścięte zboże rzucały garściami na ziemię. Kobiety z kołchozu (i nasza ósemka Polek) miały za zadanie zbieranie tych garści, wiązanie w wiązki i noszenie na plecach do odległych stert, przy których ustawiano młocarnie i młócono… Potworne upały (ok. plus 40 stopni) dobijały nas przy tej pracy i waliły z nóg… Do pracy nie dało się wyjść bez nakrycia głowy i boso. Ziemia nagrzewała się tak mocno, że parzyła podeszwy stóp i dlatego koniecznie należało nosić obuwie. A skąd je brać?... Na śmietnikach leżały stare porwane trzewiki, produkowane z brezentu na gumowych podeszwach. I właśnie te podeszwy oddzielałyśmy starannie od brezentu, przyszywałyśmy do nich paski ze zwykłych bawełnianych knotów do lamp naftowych i bosonóżki były gotowe… W stepie nie brakowało żmij…