Wschodnia gościnność

Pracując przy zbiorze pszenicy, nie byłyśmy tak głodne jak poprzednio, ponieważ kruszyłyśmy kłosy i jadłyśmy ziarno. Co więcej – kołchoźnice nauczyły nas nosić pszenicę do domu. One były biedne, głodowały i dlatego rozumiały nas, współczuły nam, i pokazały jak wynosić ziarno…Wkrótce po naszym odejściu na fermę, moja rodzina musiała zmienić mieszkanie. W ogrodzie nie pozwolono nam mieszkać, gdyż obawiano się, że będziemy kraść owoce i jarzyny. Dom, do którego nas przeniesiono, stał na niewielkim wzniesieniu…Przy jednej ścianie, w dwumetrowej odległości od niej, ulepiliśmy 30-centymetrowej wysokości murek, który służył nam za ławę. Między murkiem a ścianą nakładliśmy dużo dziusanu, a na nim naszą pościel i to było nasze wspólne łoże. Zajmowało ono całą szerokość domu (ok. 4 m). W domu na górce mieszkały teraz 4 osoby; rodzice i dwie młodsze siostry – Jadzia i Pela.
Jak już wiadomo, pracował tylko tato i bieda wciąż zaglądała do domu. Aby ratować sytuację, mama zaczęła dorabiać. Chodziła codziennie w step po dziusan i sprzedawała go tubylcom za garstkę mąki lub kawałek placka czy trochę mleka… po to zielsko chodziła daleko w step, 6 km i dalej… Rąbanie dziusanu ciężkim kietmanem – to bardzo żmudna praca, zwłaszcza dla człowieka głodnego i osłabionego… Pewnego razu mama przydźwigała ze stepu wiązkę dziusanu i zapukała do drzwi pierwszej napotkanej kibitki. Po chwili otworzyła nieśmiało drzwi i oto co ujrzała: na środku izby, na ziemi, stała spora miska z bieszparmakiem. Była to potrawa przyrządzona z baraniego mięsa, mniej więcej tak jak gulasz, z dodatkiem klusek. Miejscowi jedli ją najczęściej ręką, pięcioma palcami (biesz – pięć), rzadziej łyżką… Mama stała przy drzwiach jak urzeczona. W powietrzu rozchodził się zapach mięsa, miska jeszcze pełna, widocznie przed chwilą postawiona. Dookoła siedziały na wojłoku kobiety… Wtedy jedna z nich uśmiechnęła się do mamy, kiwnęła przyzwalająco ręką, wskazując wolne miejsce obok miski, powiedziała: - otur marża kielede (siadaj kobieto tutaj). Mama zrozumiała, że zaprasza ją do jadła. Nie odmówiła. Siadła koło kobiet i powtórnie zaproszona gestem ręki, zaczęła z nimi jeść. Wszystkie one jadły łyżkami z jednej miski…
Ja również miałam zaszczyt doznać wschodniej gościnności. Któregoś dnia tato zalutował pewnej Uzbeczce przedziurawiony garnek. Obiecała dać za to litr mleka, ale ktoś musiał po nie pójść. Mieszkała ona w jurcie oddalonej od Kalinina co najmniej kilometr… Weszłam do jurty i podobnie jak kiedyś moja mama zastałam kilka kobiet przy posiłku. Tym razem nie był to bieszparmak, lecz zwykłe kluski na wodzie zabielonej mlekiem. Miska stała na dywanie, a przy niej siedziało po turecku kilka kobiet, między którymi rozpoznałam tę, do której przyszłam… Zaprosiła mnie do posiłku. Usiadłam i pilnie się przyglądałam ich postępowaniu, by wiedzieć, jak mam się zachować, ponieważ na kilka jedzących kobiet była tylko jedna drewniana łyżka. Jedna miska i jedna łyżka, a nas pięcioro. Otóż pierwsza z nich wzięła do ręki łyżkę, zaczerpnęła nią porcyjkę klusek i zjadła. Powtórzyła tę czynność jeszcze raz i położyła łyżkę w misce naprzeciw drugiej kobiety. Ta, tak samo zjadła dwie lub trzy porcje klusek i odłożyła łyżkę. W ten sposób narzędzie pracy dotarło do mnie. Zachowałam się tak samo jak moje poprzedniczki. Jadłyśmy tak aż do opróżnienia miski. W międzyczasie one wciąż rozmawiały, śmiały się, ja zaś, nie rozumiejąc ich języka, milczałam. Rozumiałam wtedy tylko niektóre słowa…
Późną jesienią wysłano nas do zbioru bawełny. Znowu pracowałyśmy z miejscowymi kobietami. Każda z nas dostała worek, a po umocowaniu go w pasie w ten sposób, by zwisał z przodu i nie krępował ruchu rąk, brała jeden rządek i idąc nim, wyciągała z szypułek bielusieńką, mięciuchną bawełnę, wpychając ją następnie do worka. Po kilku godzinach napełniony wór odnosiło się dość daleko, by wysypać zebrany puszek na kupę… Praca przy zbiorze bawełny skończyła się. Powróciłyśmy z fermy do domu. Teraz pracowałyśmy na miejscu – wianie zboża, nasypywanie go do worków, sprzątanie magazynów i inne prace gospodarcze…A tymczasem mąkę dawali nam coraz rzadziej i w coraz mniejszych ilościach. A wkrótce w ogóle przestali ją nam wydawać. Praktycznie pracowało się za darmo…Wtedy tato wpadł na pomysł, abym poszła pracować do kuźni… Pracy w kuźni mieliśmy dużo…
Późną jesienią do naszego mieszkania dokwaterowali pewną kobietę z dwojgiem dzieci. Nie pamiętam czy jej mąż zginął, czy poszedł do wojska. Parę miesięcy wcześniej z naszego kołchozu – z okolicznych także – wielu młodych mężczyzn i młodziutkich chłopców pojechało szukać Polskiego Wojska… Kobieta, o której piszę, nie pracowała, gdyż nie mogła pozostawić bez opieki na cały dzień dwoje małych dzieci… Nie wyobrażam sobie jak ta rodzina przetrwałaby ten trudny okres, gdyby nie skromna pomoc zorganizowana przez polski rząd, a raczej jego ambasadę znajdującą się w Kujbyszewie. Na zboczu górki w niewielkim domku mieściła się Polska Placówka z mężem zaufania – panią Śliwińską… W tej placówce dwa razy dziennie gotowano duży kocioł zupy mlecznej (manna, ryż itp.) i rozdawano ją dla najbiedniejszych rodzin z Kalinina i Czułak Kurganu. Pani mieszkająca z nami przez całą zimę z 1942 na 1943 r. i wiosną 1943 r. otrzymywała rano i wieczorem tę strawę, i tylko dzięki temu przeżyła… Z tej placówki przez cały okres jej istnienia moja rodzina nie otrzymała żadnej pomocy. Ani pieniędzy, ani żywności, ani żadnego łacha…
W kwietniu 1943 r. znowu zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Tym razem przeniesiono nas z górki do kibitki leżącej w pobliżu kuźni. Niedaleko od nas znajdowało się więzienie i milicja… W tym czasie mama zaprzyjaźniła się z sympatyczną Rosjanką. Mieszkała ona od niedawna w Czułak Kurganie razem ze swoim chorym mężem. Ci ludzie byli ewakuowani z jakiegoś dużego miasta, które zostało zajęte przez Niemców. Oboje pracowali w charakterze urzędników państwowych… Wspomniałam o tej Rosjance, gdyż ona odegrała poważną rolę w uratowaniu życia mojej mamy. Tak się wtedy złożyło, że mama skaleczyła dłoń. Rana wydawała się niegroźna… Tymczasem – ręka zaczerwieniła się i spuchła…Wtedy mama poszła do tej miłej Rosjanki, by ewentualnie poprosić o radę. Popatrzyła na rękę, pomyślała i powiedziała: - Mam pomysł na leczenie, lecz jeśli on zawiedzie, to faktycznie będzie źle… A ten pomysł – parzyć okruchy z siana w gorącej wodzie, a potem moczyć w niej rękę… Ku naszej radości już po drugim czy trzecim moczeniu znikła czerwona pręga, a po dalszych zabiegach ustąpiła opuchlizna…
Podczas zimy i wczesną wiosną ściągnęło z okolicznych kołchozów do Czułak Kurganu wielu Polaków i polskich Żydów. Głód zmusił ich do szukania lepszych warunków życia, a ściślej mówiąc – warunków do przeżycia… Tej wiosny zostało zorganizowane przez panią Śliwińską przedszkole dla dzieci najbiedniejszych i będących faktycznie w wieku przedszkolnym. Wychowawczynią została moja koleżanka Wandzia Jaworska. Grupa była nieduża…dzieci miały posiłek, opiekę i uczyły się polskich pieśni i tańców…po kilku miesiącach istnienia tego ośrodka brutalna rzeczywistość przerwała jego działalność… Pewnego ranka dowiedzieliśmy się, że NKWD aresztowało w nocy męża zaufania – panią Śliwińską i wszystkich innych pracowników naszej Placówki. Pieniądze, odzież, żywność oraz inne rzeczy znajdujące się w Placówce zostały zagarnięte przez funkcjonariuszy NKWD…
Po paru dniach wezwano na milicję kilku znajomych mi Polaków. Nie wrócili oni na noc do domu. Znowu wzięli kilka osób i one nie wróciły. Niebawem okazało się, że na milicji każdemu z zatrzymanych proponowano przyjęcie obywatelstwa ZSRR. W tym celu wystarczyło złożyć podpis pod odpowiednio sformułowanym tekstem. Stało się dla nas jasne, że zarówno pani Śliwińska, jak i inni znajomi nie zgodzili się na zmianę obywatelstwa i dlatego zostali zamknięci. Od tej pory prawie codziennie milicja wchodziła do jakiegoś wybranego domu i z mieszkającej tam rodziny brała dwie lub trzy osoby. Najczęściej byli to rodzice, albo jedno z nich i dwoje starszych dzieci. Wszyscy Polacy wpadli w panikę. Nikt nie wiedział, jak się zachować… Po paru tygodniach zaczęły się pierwsze rozprawy sądowe. Kto odmówił podpisu, ten był skazany na rok więzienia… Osoby, które złożyły podpis, otrzymywały na małej kartce papieru trzymiesięczne Poświadczenie Obywatelstwa ZSRR. Później się okazało, że było jedynym ważnym poświadczeniem tożsamości danej osoby respektowanym przez milicję i przez inne władze Związku Radzieckiego… Moich rodziców stosunkowo długo nie wzywano na milicję… Nie spali po nocach, martwili się. Wciąż nie wiedzieli, jak mają postąpić. Wreszcie podjęli decyzję – podpiszą. Kilka czynników złożyło się na takie postanowienie. Jak już wspomniałam, mieszkający koło nas Żydzi byli sprytni… postanowili zorientować się w sytuacji… jakiś obrotny Żyd wrócił po tygodniu, i faktycznie przywiózł garść nowin… Otóż dowiedział się, że takie aresztowania mężów zaufania nastąpiły wszędzie, gdzie tylko oni funkcjonowali. Również wszędzie zmuszano Polaków do zmiany obywatelstwa. Powodem tego było zerwanie stosunków polsko – radzieckich…
Przycichła nieco sprawa z paszportami, a rozgorzała walka o byt.