Sowchoz Dżuwały

Już od dłuższego czasu nie dawano nam w kołchozie nawet raz na tydzień kilograma mąki. Tylko tato dostawał trochę i to niesystematycznie. Pracowaliśmy w kołchozie niechętnie. Wkrótce w ogóle wielu przestało tam pracować i nikt ich do tej pracy w tym czasie nie zmuszał… Tymczasem w osiedlu i w więzieniu zaczął się szerzyć tyfus brzuszny. Najbardziej odczuli to więźniowie… Przez wiosnę i lato 1943 r. zmarło w Czułak Kurganie z powodu tyfusu, głodu i wycieńczenia wiele osób… był już wrzesień – nie mieliśmy ani odrobiny mąki, ani ziarenka pszenicy, dosłownie nic… Mama wzięła worek i nóż, poszła do kołchozowego ogrodu, nazbierała lebiody, w domu ją wymyła, ugotowała i każdemu z nas włożyła do miski dwie łyżki tego wspaniałego jadła… ponad trzy tygodnie żywiliśmy się lebiodą. Inne rodziny też jadły to zielsko, a nawet inne chwasty, którymi mogły się zatruć…
Pewnego razu późnym wieczorem niespodziewanie przyszedł do nas pan Dębski z miejscowości oddalonej od Kalinina o 50 km… Celem podróży była ważna sprawa do załatwienia na milicji… Wieczorem w trakcie rozmowy okazało się, że nasz gość miał lepsze warunki bytowe niż my. Pracował on ze swoimi starszymi córkami w „bor – razwiedce” (ekipa poszukująca na zboczach gór bogactw naturalnych), a za pracę otrzymywał zapłatę w rublach, za które codziennie kupował na kartkę 600 gramów chleba, a co tydzień – tygodniowy przydział różnych produktów żywnościowych, takich, jak mąka, kasza, olej słonecznikowy, a nawet kiełbasa lub konserwy mięsne. Najważniejszą dla nas okazała się informacja, że w tej ekipie nie ma kowala, gdyż zabrali go do wojska. Pan Dębski namawiał mojego tatę, by ubiegał się o przyjęcie do pracy w tej ekipie… Po namyśle rodzice zdecydowali się na wyjazd z tego kołchozu…
W tym pamiętnym dniu ucieczki przed wschodem słońca spakowaliśmy swoje rzeczy, których mieliśmy mało i o świcie ruszyliśmy w drogę… dotarliśmy do kołchozu Pierwszego Maja… Po przybyciu na miejsce otrzymaliśmy przydział żywności dla naszej całej rodziny, przeznaczony na tygodniową podróż… Jutro jedziemy dalej, tym razem z całą ekipą, która liczyła kilkadziesiąt osób. Byli to Rosjanie i od dziś – trzy rodziny Polaków: Dębscy, Cieślikowie i my… Jechaliśmy wzdłuż gór, dojechaliśmy do drogi, która prowadziła z Czułak Kurganu do stacji kolejowej Aczysaj… Z Aczysaju do stacji docelowej Antonówka (leżącej między Czymkentem a Tiulkubasem, przy linii kolejowej Aryś – Ałma Ata) każdy miał jechać na własną rękę. W Aczysaju dostaliśmy od dyrektora ekipy bilety na przejazd pociągiem i komandirowki (skierowania do miejsca pracy), i od tej pory byliśmy zdani na własne siły. Wiedzieliśmy, że mamy dwie przesiadki – w Borysówce i w Arysie. Radość i nadzieja na lepsze życie rozpierała nam serca.
… Na przebycie trasy 500-kilometrowej straciliśmy aż tydzień czasu…W Antonówce (duży kołchoz zamieszkany przez Rosjan i Ukraińców) odszukaliśmy kantor (biuro) naszego przedsiębiorstwa. Skierowano nas na kwaterę do miejscowego kołchoźnika Kuceruby… przydzielono nam izbę, w której już mieszkał pan Dębski ze swoją rodziną… Za ścianą, również w jednej izbie, mieszkała rodzina Kucerubów… to Ukraińcy zesłani tu przed laty w czasie kolektywizacji Ukrainy…
Już na drugi dzień po przyjeździe poszliśmy do pracy. Okazało się, że tereny wyznaczone do poszukiwania minerałów leżały u podnóża gór daleko od kołchozu. Do pracy szło się ponad 6 km… W nocy wychodziliśmy do pracy i w nocy wracaliśmy, bo późną jesienią dzień jest krótki. Na domiar złego nie dawano nam regularnie chleba, a o tygodniowym przydziale produktów w ogóle nie było mowy. Głodowaliśmy więc tak samo jak poprzednio… W 1943r. święta Bożego Narodzenia były u nas bardzo smutne. Na Jolu stroiłyśmy małą choinkę zabawkami i łańcuszkami zrobionymi z gazet, a na kolację w dniu wigilijnym jedliśmy rybę, kaszę z grzybami i piliśmy kompot z czarnych jagód. Tutaj nie mieliśmy choinki, a na kolację jedliśmy postną kaszę kukurydzianą i popijaliśmy wrzątkiem. W ciągu 6-letniej zsyłki – to nasze najbiedniejsze święta. Przez cały styczeń i luty 1944 r. walczyliśmy o przetrwanie… Kilka razy sąsiadka przyniosła trochę mleka…
W tych najbardziej ponurych i ciemnych dniach naszego życia zabłysła nagle iskierka nadziei na lepsze jutro. Pewnego wieczora do Kuceruby przyjechali jego dwaj znajomi na wozach wypełnionych beczkami. W tych wozach wieźli oni z sowchozu Dżuwały do Czymkentu wino przeznaczone dla wojska… Tego pamiętnego wieczora Kuceruba opowiedział furmanom o nas i o naszym nędznym życiu. Zainteresowało ich to, że tato jest kowalem, bowiem u nich w sowchozie nie ma kowala, gdyż niedawno został powołany do wojska… Tato natychmiast przystał na tę propozycję, nie pytając nawet o warunki pracy i płacy, ani o mieszkanie… Zachodziła tylko obawa czy dyrektor sowchozu przyjmie tatę do pracy. Furmani zapewnili, że tak…ostatecznie ustalono, że jeżeli dyrektor wyrazi zgodę na przyjęcie nas do pracy, to w najbliższą sobotę przyjedzie któryś z nich po nas…
W sobotę wieczorem przyjechał znany nam furman dużym drabiniastym wozem… i wyruszyliśmy w podróż… Droga biegła wzdłuż torów kolejowych w kierunku wschodnim… Był to początek marca i w tym kraju zaczynała się już wiosna… Po przyjeździe na miejsce zakwaterowano nas w jednoizbowym mieszkaniu… Sowchoz Dżuwały był oddalony o 5 km od stacji kolejowej Tiulkubas, leżącej przy linii kolejowej Aryś – Czymkent – Ałma Ata. Odległość z Tiulkubasu do Czymkentu wynosiła nie więcej niż 100 km. Ten sowchoz nastawiony był na sadownictwo. Powierzchnia jego zajmowała ponad 150 ha… Z jednej strony do tego sowchozu przylegał inny – sowchoz Kauczuk, z trzech pozostałych stron tuż za sadem rozciągał się step…mówiło się w sowchozie, że winna latorośl zajmuje 18 ha powierzchni, jabłonie – obszar trzy razy większy. Był też spory obszar obsadzony gruszami. Innych owoców nie uprawiano. Ponadto część areału przeznaczono na ogród sowchozowy i na kilkuarowe działki dla pracowników. W sowchozowej winiarni jabłka i winogrona przerabiano na wino…
Następnego dnia po przyjeździe poznaliśmy dyrektora. Był to polski Żyd, Pasternak, wychowany w Warszawie. Uciekł z niej w 1920 r., ponieważ – jak twierdził – dokuczali mu wówczas „polskie pany”. Miał żonę Rosjankę i troje dzieci. Nie lubił Polaków i dotychczas, mimo braku rąk do pracy, nie zatrudnił w swoim sowchozie ani jednego. Przyjął natomiast, parę miesięcy przed naszym przyjazdem, dwóch polskich Żydów wywiezionych w 1940 r. z Wołynia w głąb Związku Radzieckiego. Jeden z nich pochodził z Łodzi (kilka miesięcy później został powołany do Polskiego Wojska),drugi, Guterzon, z Kowla. Ten drugi, nieco starszy ode mnie – w 1939 r. zdał maturę. Guterzon uniknął wojska w 1944 r. (prawdopodobnie ze względu na zły wzrok) i pozostał na miejscu do zakończenia wojny, a w kwietniu 1946 r. powrócił z nami do Polski…
W drugim dniu po przyjeździe do sowchozu dyrektor napisał nam zezwolenie na bezpłatne wydanie z magazynu trochę kapusty z beczki, trochę mąki, przecieru pomidorowego, suszonych jabłek i oleju słonecznikowego. Po załatwieniu formalności związanych z przyjęciem nas do pracy dostaliśmy kartki na chleb. Tato otrzymał dziennie 700 g chleba, Renia, Kazia i ja po 500 g, a mama i dwie najmłodsze siostry po 200 g. Mnie zatrudniono w kuźni jako mołotobojca, a Kazię i Renię w sadzie. Dostaliśmy też kartki na mleko (tato na litr, a ja na pół) oraz na 3 l zupy, którą gotowano w dużym kotle pod gołym niebem, tuż koło kuźni. Chleb sprzedawano w magazynie codziennie przed południem w cenie ok. 1 rubla za kilogram, zupę dostawaliśmy w południe, mleko – rano…
Na trzeci dzień po przyjeździe dorośli z mojej rodziny poszli do pracy, Jadzia i Pela – do miejscowej szkoły, a mama gospodarzyła w domu. Niedługo uczyły się moje siostry, bo gdy tylko nasiliły się prace wiosenne w sadzie i w ogrodzie, one również zostały skierowane do tych prac… Nadeszła wiosna 1944 r. Słońce wznosiło się coraz wyżej i coraz mocniej przygrzewało. Zakwitły jabłonie i grusze… W kilka tygodni po przyjeździe dostaliśmy kawałek ziemi na ogród – ok. 3 arów. Posadziliśmy kukurydzę, bo tutaj ona ładnie rosła i dobrze owocowała. W Południowym Kazachstanie ziemniaków nie sadzono, bo nie sprzyjał klimat, a zwłaszcza brak wilgoci… mała ilość wody powodowała, że ziemniaki osiągały wielkość orzecha…
Przez lato i jesień siostry pracowały przy zbiorze jabłek…podczas wakacji szkolnych, które trwały trzy miesiące, wszystkie dzieci pod opieką nauczycieli pracowały w sadzie przy zbiorze jabłek. Pracowały społecznie, bo nie otrzymywały one ani większej porcji chleba, ani żadnej zapłaty… W jesieni, gdy owoce dobrze dojrzały, siostry – mocno ryzykując – przynosiły je do domu, a mama kroiła w plasterki i suszyła na słońcu, robiąc w ten sposób zapas na zimę… W jesieni podpatrzyłyśmy, że niektóre nasze sąsiadki noszą w nocy jabłka do Tiulkubasu i tam je sprzedają. Trzeba spróbować tego handlu, może i nam się poszczęści. Ale trzeba tak tego dokonać, aby nie dać się złapać…