Koniec wojny!

Na początku 1945 r. jedna rodzina ewakuowanych Rosjan miała opuścić Dżuwały i odjechać do poprzedniego miejsca zamieszkania, uwolnionego już spod okupacji niemieckiej. W ten sposób zrobiło się miejsce dla „uczotczyka po żywotnowoctwu” (rachmistrza pracującego w stajni i oborze). Ktoś z pracujących w kantorze, litując się nade mną, poprosił dyrektora, by pozwolił zatrudnić mnie na tym wolnym miejscu. Zgodził się. Ja również zgodziłam się chętnie na zmianę pracy, bo zamiast walić młotem, będę pisać piórem…
Mijał dzień za dniem. Wiosna okazała się w całej pełni, w przepięknych swych szatach i barwach… W niedługim czasie przeżyłam piękny dzień – zakończenie wojny. W tym pamiętnym dniu (9 maja 1945 r.) rano, jak zwykle, poszłam do pracy, a po wydaniu mleka siadłam w małej izdebce, gdzie miałam szafkę z dokumentami i zaczęłam pisać jakieś sprawozdanie. Na zewnątrz, gdzieś w okolicy stajni, począł się ruch i dały się słyszeć krzyki – koniec wojny ! koniec wojny! Z początku nie dotarł do mnie sens tych słów. Po chwili stało się dla mnie wszystko jasne, ale czy prawdziwe ?... Wkrótce się okazało, że dyrektor sowchozu został powiadomiony o tym telefonicznie. Natychmiast zarządził on, iż dzień ten jest wolny od pracy, i że go należy uczcić w szczególny sposób. Kilku mężczyzn pracujących w stajni pojechało wierzchem na koniach do sadu, by zawiadomić wszystkich tam pracujących o tym wydarzeniu, i by ich zwołać pod kantor, gdzie odbędzie się wiec i zabawa…
W niedługim czasie po zakończeniu wojny zachorowałam na biegunkę. Nie pracowałam z tego powodu przez kilka dni i utrzymywałam dietę w jedzeniu. Właściwie wszyscy byliśmy na diecie, bo jedliśmy tylko suchy chleb i postne zupy, ale ją jeszcze zaostrzyłam… choroba nie ustępowała… w sowchozie była felczerka. Poszłam do niej kilka razy, ale ona nie mogła mi dopomóc, bo nie dysponowała odpowiednimi lekami. Okazała się jednak na tyle dla mnie dobra, że dała mi skierowanie do szpitala w Wanowce… W szpitalu przyjęto mnie natychmiast i położono w sali, w której stały cztery łóżka…W szpitalu było stosunkowo czysto… Na czwarty dzień poczułam się na tyle dobrze, że zostałam wypisana ze szpitala…
W Tiulkubasie mieszkało kilka rodzin Polaków i znacznie więcej Żydów deportowanych z Polski. Wielu z nich miało kontakt ze Związkiem Patriotów Polskich, a być może, iż niektórzy z nich byli jego członkami. W tym czasie o istnieniu tego Związku nic nie wiedziałam, jak również nie wiedziałam, iż przez ten Związek płynęła dla Polaków pomoc materialna w postaci żywności i odzieży. Dowiedziałam się o tym w kilka lat po wojnie. Pewnego razu ktoś z tych „patriotów” wezwał mamę do Tiulkubasu po żywnościową zapomogę. Poszła tam i powróciła ucieszona i obładowana żywnością (szklany słój smalcu, kilka konserw, kilkanaście kilogramów grubej jęczmiennej kaszy)… W tym dniu każdy dobrze się najadł, zwłaszcza tato, któremu mama nie pożałowała kaszy. W nocy tato zaczął jęczeć, narzekać na bóle brzucha i mdłości… Felczerka nie znalazła u siebie odpowiedniego leku na przejedzenie i zamiast niego dała zwolnienie z pracy. Wtedy mama zrozumiała, że należało gotować dla nas najpierw rzadki krupniczek jak dla ozdrowieńców po tyfusie brzusznym i po krwawej dyzenterii, a dopiero potem można by ten krupnik trochę zagęścić. Nie ma nic gorszego niż podanie wygłodzonemu, wycieńczonemu człowiekowi dużo jedzenia na jeden raz… Tato walczył ze śmiercią trzy dni…
Na początku 1946 r. zaczęłam chorować. Codziennie wieczorem temperatura podnosiła się do plus 38 stopni. Czułam się osłabiona, bolały mnie stawy… Skarżyłam się w pracy na moje dolegliwości, a gdy usłyszał to weterynarz, zainteresował się moją chorobą i postanowił mi dopomóc. Przypuszczał on, że jest to gruźlica i powinnam pojechać do kliniki, do Czymkentu, aby mnie tam przebadali i wskazali sposób leczenia. Wystarał się on o skierowanie do kliniki przeciwgruźliczej i o przepustkę – zezwolenie na kupno biletu do pociągu i wyjazd poza miejsce zamieszkania. Zarówno dyrektor, jak i felczerka nie stawiali oporu… w klinice przeciwgruźliczej porobili mi wszystkie – możliwe w ich warunkach – badania, w tym prześwietlenie klatki piersiowej… Następnego dnia rano znowu się tam zgłosiłam. Wezwano mnie do lekarza. Była to starsza pani, Rosjanka, obejrzała moje wyniki, zbadała mnie dokładnie, obsłuchując zwłaszcza klatkę piersiową. Zakomunikowała mi, że gruźlicy u mnie nie stwierdziła, lecz wyniki badań świadczą, iż jestem chora na brucelozę, wobec czego dała mi skierowanie do innej kliniki, w której tę chorobę mogli wykryć i leczyć… Następnego dnia w drugiej klinice pobrano mi krew z palca i z żyły, zrobiono też inne dodatkowe badania i kazano przyjść nazajutrz po wyniki i diagnozę… okazało się, że mam zaawansowaną brucelozę, lecz w klinice nie mogą mnie zatrzymać, bo nie mają w niej wolnego miejsca… Po powrocie do domu… poszłam do ambulatorium, ale nasza felczerka nie podjęła się leczenia, bo nie miała żadnych leków przeciw brucelozie. Tymczasem nieleczona choroba postępowała coraz bardziej…
W lutym mieszkańcy sowchozu zaczęli przebąkiwać, że Polacy zostaną wywiezieni do Polski. Pierwsza oficjalna wiadomość dotarła do nas z Tiulkubasu od Żydów… Po kilku dniach (marzec) w Tiulkubasie odbyło się zebranie Polaków, na którym przedstawiciel NKWD omówił w skrócie stosunki polsko – radzieckie i zawiadomił o tym, że Polacy mogą zacząć starania o zezwolenie na wyjazd do Ojczyzny. Jakiś Żyd poinformował obecnych, że natychmiast należy składać na jego ręce odpowiednie dokumenty, a on pojedzie z nimi do Czymkentu i załatwi dla wszystkich zaświadczenia zezwalające na powrót do Polski. Podkreślił, że sprawa jest pilna z tego powodu, iż na początku kwietnia będzie organizowany transport na wyjazd. Jeśli do tego czasu nie zdążymy załatwić formalności, to nie wyjedziemy. O jakie dokumenty chodziło? Najlepsze okazały się Poświadczenia Obywatelstwa Radzieckiego wydane dla nas w Czułak Kurganie i tak bardzo przez nas niechciane. Mógł to być też dokument z Polski taki jak dowód osobisty, legitymacja szkolna, a nawet świadectwo szkolne… Już na drugi dzień odnieśliśmy dokumenty do Tiulkubasu i zaczęliśmy przygotowania do ostatniej w tym kraju podróży…
Któregoś dnia przyszedł do nas z Tiulkubasu lekarz (Azerbejdżanin) w celu przebadania nas i ustalenia, czy jesteśmy na tyle zdrowi, aby móc wyruszyć w tak daleką podróż. Nie badał nas, lecz porozmawiał i wypisał nam zaświadczenia zezwalające na podróż. Zazdrościł nam, że mamy możność powrotu do Ojczyzny. On swojego Kaukazu nigdy nie zobaczy, bo mu tam wrócić nie wolno… Dokumenty zezwalające na powrót do Ojczyzny otrzymaliśmy bardzo szybko, wydano je 6 kwietnia 1946 r. w Czymkencie. Były to zaświadczenia zezwalające na powrót do Polski na podstawie umowy polsko – radzieckiej z dnia 6 lipca 1945 r. napisane w języku polskim, francuskim i rosyjskim. Wagony towarowe miały być podstawione dla nas na stacji kolejowej Tiulkubas w połowie kwietnia… W wyznaczonym dniu pod nasz dom podjechał Czeczeniec drabiniastym wozem, którym mieliśmy pojechać na stację. W ciągu kilku minut załadowaliśmy nań pościel, wiadro, miednicę, garnek do gotowania zupy, parę misek i łyżek, i nic ponadto. Nie mieliśmy już żadnej zapasowej odzieży, a to, co było na nas, nadawało się raczej do spalenia niż do noszenia. Na pożegnanie nas przyszło wielu sąsiadów i znajomych, z którymi żyliśmy tu i pracowali ponad dwa lata… Po południu 15 kwietnia byliśmy już w Tiulkubasie… Następnego dnia dostaliśmy rejsówki – bilety zezwalające na przejazd do Polski (bezpłatnie) oraz trochę chleba na drogę. Do wagonu załadowaliśmy się dość szybko… pociąg ruszył na zachód, w kierunku Czymkentu. Mieliśmy przed sobą 4000 km! W Czymkencie pociąg stał dłużej niż w Antonówce. Przygrywała tam orkiestra dęta… Od stacji Aryś jechaliśmy na północny zachód, a więc do europejskiej części Związku Radzieckiego…
Tym razem podróżowało się lepiej niż w 1941 r. Większy zapas żywności pozwalał nam najadać się do syta. Podróż trwała krócej, bo pociąg jechał szybko, a na stacjach nie stał tak długo jak zazwyczaj. Dopiero w Kowlu zatrzymaliśmy się na parę dni… Od Kowla do Bugu i dalej pociąg jechał bardzo wolno. Nie mogliśmy zrozumieć, co się stało. Ktoś nas wkrótce poinformował, że mimo tego, iż prawie rok minął od zakończenia wojny, tutaj wciąż było niespokojnie. Często pod tory podkładano miny, zatem dla większego bezpieczeństwa pociąg sunął jak żółw…
1 maja po południu przekroczyliśmy granicę polsko – radziecką, przejeżdżając przez rzekę Bug. Na jednej z pierwszych polskich stacji zatrzymaliśmy się na dłużej. Wtedy wszyscy – mocno uradowani, wszak to już na polskiej byliśmy ziemi – powychodzili z wagonów na peron. Młody człowiek, który jechał w naszym eszelonie, zaczął grać na harmonii i to na wesoło. Rąbał polki, oberki i walce. Stojąca obok niego młodzież rozpoczęła na peronie tańce. Stałam z boku i obserwowałam tę zabawę… Obok tańczących pojawiło się kilku tutejszych mieszkańców. Obserwowali nas i wciąż się śmiali. Może cieszyli się razem z nami, a może nie rozumieli naszej radości i po prostu drwili z nas. Gdy pociąg zatrzymał się w Chełmie, zastanawialiśmy się, co robić. Czy jechać dalej z transportem, czy wysiąść i na własną rękę pojechać do Zamościa, gdzie mieszkali z rodzinami: brat mojego taty Jan Basak i brat mojej mamy Mieczysław Różański. Po namyśle i upewnieniu się, że z tego powodu nie będziemy mieć nieprzyjemności, rodzice podjęli decyzję, że wysiądziemy i pojedziemy do Zamościa. Pożegnaliśmy wszystkich znajomych, z którymi podróżowaliśmy przez dwa tygodnie, wyrzuciliśmy swoje tobołki na peron. 2 maja po południu znaleźliśmy się w Zamościu. Znałam to miasto, bo byłam tu u stryjka przed wojną. Postanowiliśmy, że pójdę z Renią zawiadomić stryjka o naszym powrocie, a reszta rodziny pozostanie na dworcu. Idąc ze stacji do miasta, przechodziłyśmy obok kolegiaty. Byłam kilka razy w tym kościele w 1939 roku… Weszłam bocznym wejściem… padłam na kolana przed najbliższym ołtarzem, podniosłam oczy na obraz Matki Najświętszej i… nie wypowiedziałam ani jednego słowa modlitwy. Płakałam cicho… nie mogłam się wtedy modlić, lecz moje łzy mówiły za mnie wszystko! W ciągu kilku minut powiedziały Matce Najświętszej, ileśmy tam wycierpieli, ileśmy się tam nagłodowali, namartwili, napłakali. A ileż mogił naszych rodaków tam pozostało. Kto potrafi zmierzyć lub zważyć ogrom naszych krzywd? Kto zliczy wszystkie mogiły?...

 
 
 
 
 
Helena Basak (stoi) z siostrami. Zdjęcie wykonane 15 lipca 1935 r. w Torczynie na Wołyniu.
Uczniowie klasy Vb Szkoły Powszechnej Nr 3 w Łucku. Na samym dole, z lewej strony  Klęczy Helena Basakówna. Zdjęcie wykonane 17 maja 1935 r. w Zamku Luberta w Łucku.
Uczennice klasy II a Państwowego Gimnazjum Koedukacyjnego w Horochowie na Wołyniu. Helena Basakówna stoi między księdzem i profesorką. Horochów, 4 kwietnia 1939 r.
Uczniowie klasy drugiej Państwowej Szkoły Powszechnej w Wronczynie. Helena Basakówna oznaczona datą 1932. zdjęcie wykonane na wiosnę 1932 r. w pobliżu szkoły.
Baza koło posiołka Jol. Grupa Polaków deportowanych 10 lutego na spławie drzewa do rzeki będącej dopływem Wyczegdy, 15 maja 1941 r. Helena Basak oznaczona kropką.
Pracownicy umysłowi sowchozu Dżuwały. W ostatnim szeregu, czwarta od lewej Helena Basak  (oznaczona kropką), która  pełniła wówczas funkcję rachmistrza. Wiosna 1945 r.
Helena Nalewko s1
Helena Nalewko s2
Helena Nalewko s3
Helena Nalewko s4
Helena Nalewko s5
Helena Nalewko s6
Helena Nalewko s7